V

Newman otarł usta. Serwetkę zmiął w dłoni i mocno ją ścisnął. Przed chwilą zjadł smacznego pstrąga. Nie ważne skąd był pstrąg. Ważne, że był smaczny, świeży i chrupiący.

I wyglądał zupełnie jak ten, którego spostrzegł na desce rozdzielczej, kiedy wjeżdżał do miasta. Papierowa tacka z wolna wsysała pozostawiony tłuszcz.

Kiedy wjeżdżał do miasta… myśl ta znalazła pustkę w pamięci. Lukę w ciągłości.

- Czy życzy pan sobie coś jeszcze?
- Poproszę filiżankę kawy.

Co się wtedy wydarzyło? Newman w pierwszej chwili wpadł w panikę, znajdując nagle we wspomnieniu, obraz siebie - siedzącego bezczynnie za kierownicą z poświatą miasta przed sobą.

Zerknął za barmanką, żeby zobaczyć, jak wchodzi na zaplecze, albo kuchni, używając drzwi wahadłowych, mających zapobiegać zderzeniom. Na środku każdego z ruchomych skrzydeł widniało szklane okrągłe okno. Właśnie to oko, sprowadziło Edwina Newmana z powrotem pod burzące się, ametystowe niebo. Na drogę tuż przed miastem.

Wyjął z kieszonki marynarki długopis i powoli narysował kółko na serwetce przed sobą. Zakreślił pole w środku, zostawiając wolny łuk przy brzegu. Księżyc. Zmarszczył brwi, zmuszając się do myślenia. Księżyc...

Nagle przypomniał sobie, jak wpatrywał się w niebo, kiedy coś mu się przywidziało miedzy chmurami. Zerknął na serwetkę przed sobą. W między czasie długopis zakreślił kilkanaście kółek i kilka poprawionych podwójna linią zygzaków. Rysunek nieświadomy.

Ręka sama rysowała, korzystając z zaprzątniętej myślami głowy. Może to nerwy, może odruch, a może jakiś kod? Przekaz od podświadomości.

Edwin interesował się psychiką, mechanizmami psychologii. Znajomość rzeczy pomagała mu w pracy. Może nie był wybitnym specjalista w tej dziedzinie, ale samo rozpoznanie charakteru, było nie lada zaletą w zawodzie. Już podczas szkolenia w firmie, zauważył, że ma do tego talent i że można wprowadzić kilka poprawek do oficjalnego systemu pozyskiwania.

Edwin uśmiechnął się do kelnerki, która wróciła z okrągłą tacą i postawiła przed nim filiżankę espresso i kieliszek wody. Odwzajemniła uśmiech i niewinnie spuściła wzrok.

Pierwszy, lub drugi dzień w pracy. Pewnie wolna. Do wzięcia. To pewne. Dopiero teraz jednak zauważył, że dwie kobiety za ladą opierające na niej swoje spuchnięte łokcie, przypatrują się mu bez cienia zażenowania. W taki sposób jakby robiły to już od dłuższego czasu. Po lewej, w drugiej części lokalu siedział mężczyzna. Ta cześć lokalu była odgrodzona niewidzialną barierą,. Była to granica, która rozpływała się samoczynnie w tych godzinach, kiedy schodzić się zaczynali innego rodzaju klienci. Siedział przy nieczynnym jeszcze barze. Spoglądając na Erwina, wertował z wolna strony gazety..

Edwin obowiązkowo poprawił krawat, przepłukał wodą kubki smakowe i skosztował kawy. Ujdzie.

Zerknął na zegarek. No tak. Nie działa. Musi sobie kupić nowy. Myśląc o wydatkach, przypomniał sobie o lampie w wozie. - Jeszcze to! No to dobry nastrój z głowy.- Pomyślał i wrócił do zakreślania serwetki. Edwin nie lubił wydawać pieniędzy. To inni powinni sięgać do portfela, a nie on. On jest tutaj od zarabiania, nie od wydawania.

Znowu zobaczył siebie, jak siedzi za kierownicą i czeka. Niewiadomo, na co.

To wtedy prawie potrącił tamtego typa na drodze. O mały włos. Może o sobie powiedzieć, że jest nie lada szczęściarzem. Kto to był? Edwin nie potrafił powiedzieć jak tamten wyglądał. W co był ubrany. Kiedy cofnął się, żeby go zabrać, z pewnością mu się dokładnie przyjrzał, ale nic nie potrafił o tamtym powiedzieć. Dziwne… Czy rozmawiali ze sobą po drodze? Wydawało się mu, że tak, ale nie potrafił sobie nic z ewentualnej rozmowy przypomnieć. Jakby tamten wyssał mu całe wspomnienie z głowy. Co za niedorzeczna myśl.

Edwin poczuł niepokój. Skąd się wzięła ta amnezja? Pamięta tylko, że autostopowicz wysiadł tuż przed rogatkami miasta, być może zaniepokojony zachowaniem kierowcy, może jego niespokojną jazdą. Nie pamięta jednak nawet barwy jego głosu, a przecież musiał, chociaż podziękować na do widzenia. Chyba, że to był niemowa. Na samą myśl przebiegł mu po karku zimny dreszcz. Do tego ta stracona godzina. Pewnie przysnął siedząc w samochodzie. Kiedy? Przed spotkaniem, czy po rozstaniu? Dreszcz zmienił się w falę gorąca, która rozlała się na twarzy. Edwin postanowił zostawić to tak jak jest. Nie myśleć już o tym. Widocznie przesadził z kilometrami i tyle. Trzeba działać, a do tego potrzebny jest trzeźwy umysł i jasna głowa.

Dotknął ręką czoła. Jest gorące. Gorączka?

Newman wstał od stolika, zapłacił rachunek i poszedł do toalety. Umył ręce i przepłukał twarz. W lustrze zauważył postępujące zaczerwienienie skóry na czole, policzkach i nosie. Zimna woda przyniosła spodziewaną ulgę w pieczeniu, które jednak szybko powróciło.

Trzeba iść do apteki. Z lekarzem na razie da sobie spokój. To pewnie nic poważnego. Wychodząc z łazienki, przypomniał sobie jak przez mgłę, barwne światła na drodze.
Bar, w którym rozmyślał Edwin, należał do Krumera, emerytowanego policjanta z sąsiedniego miasta. Teraz już nie istnieje. Po niszczycielskim wybuchu gazu, który miał miejsce kilka lat później, zburzono cały budynek. Na szczęście nikt wtedy nie zginął. Teraz na tym miejscu stoi pływalnia z wszelkimi atestami i normami światowymi.

Bar podzielony był na dwie części. Jedna czynna była do pory obiadowej, w drugiej można było wypić drinka, czy wytrąbić piwo od popołudnia do późna w nocy. Z początku zamykano bar o północy, jednak szybko zaniechano tego zwyczaju. Recepcjonista z motelu nie mógł o tym wiedzieć, bo nawet nie jadał tam za dnia. Miło było posiedzieć i pogadać między sobą. Edwin odwrócił się do drzwi, gdy weszły dwie małolaty. Zamówiły po hamburgerze i wychodząc rzuciły mu zalotny, prostacki uśmieszek. Ich napięte do granic wytrzymałości dżinsy skrywały ogromne wydęcia, jakby wyskalowane powtórzenie bułek, które ściskały z takim zadowoleniem w rękach. Jednej z nich wyciekł sos i spłynął miedzy palcami. Zlizała go powoli różowym jęzorem i we dwie roześmiały się nie znośnym piskliwym rechotem. Zerknęły jeszcze nieświadomie w tę część lokalu, gdzie rozpoczynał się nieczynny jeszcze bar i skąd dochodził lekki zapach wypalonych papierosów i wypitego alkoholu. Gdzie, przy odrobinie szczęścia można było spostrzec marynarza.

Pchnęły drzwi wejściowe, po czym odwróciły się jeszcze w stronę Edwina i roześmiały się jeszcze raz. Tym razem nie dało się już usłyszeć ich śmiechu, który rozległ się na całej ulicy, zwracając uwagę niektórych przechodniów.

Edwin poczuł, że zalewa go rumieniec i że…musi z powrotem do łazienki. Pieczenie twarzy nasilało się. Do tego doszła sraczka. Był chory, to jedno było teraz jasne.