IV
Ida w swoim słomkowym kapeluszu. Trzeba to powiedzieć. Wyglądała efektownie. Czterdziestoletnia wówczas, nieco już spłowiała blondynka, rozciągająca swój zdrętwiały od schylania kręgosłup, z rękoma na biodrach, które utonęły gdzieś, zagadkowo, w przepastnych ogrodniczkach, wzbudzić mogła zachwyt u każdego losowo wybranego przechodnia.
Ida realizowała właśnie swój plan wielkiej poprawy niewielkiego ogrodu, który znajduje się tuż za domem. Odkryła pewnego dnia, siedząc na werandzie, że jest zaniedbany. Trzeba tu nadmienić, że chociaż Ida starannie malowała paznokcie i w ogóle niezła z niej była strojnisia, to doskonale radziła sobie z grabiami, nożycami i nawet z łopatą. Teren miała odpowiedni. Długi i szeroki obszar ogrodu odgrodzony wysokimi ciasnymi cisami i rzędem wysokiego, gęstego niczym mur żywopłotu.
Teraz właśnie kończyła sadzenie tulipanów, które jak sądziła, powinny zbudzić się ze swego bezbarwnego snu, kiedy inne kwiaty dawno stracą swój czar. Z napięciem patrzyła na ukryty pod ziemią, starannie zaprojektowany trójkąt cebulek i wyginała się, jakby tańczyła w powolnym tempie taniec brzucha.
Zajmowanie się ogrodem nie jest wcale sprawą łatwą, o czym przekonała się na własnej skórze. I nie chodzi tutaj o dokuczliwość pleców.
To, z czym starała się zmierzyć, zużywając przy tym najwięcej energii, to strategia planowania.
Gdzie sadzić marchew? Gdzie groszek pachnący, który wić się będzie oplatając łapczywie wszystko wokół? Gdzie słoneczniki, które krótko mówiąc wysokie są na tyle, że zasłaniać mogą wszystko? Gdzie? Z czym? Kiedy i jak?
Jednak Ida, nie była kobietą, która wpadała w panikę z byle powodu. Kiedy coś stawało jej na wąskiej drodze i nie pozwalało iść dalej, przepychała się przez tłum zawracających do początku i po prostu rozwijała swoją niesłychaną lotnię, która wzbijała się w górę czerpiąc energię z niewymuszonej fantazji, niesfornego uporu i ze szczerego śmiechu, którym Ida często komentowała przeciwności losu. Szybując nad niedomyślającymi się niczego głowami, otwierała szeroko usta, żeby pęd powietrza nadął jej policzki.
A gdyby ktoś z tłumu na dole oderwał na chwilę wzrok od wierzchołka swego buta i zerknął w niebo, to zobaczyłby malutką postać, mknącą pod aerodynamicznym skrzydłem z wielkim ukośnym napisem:
IMPROWIZACJA
Nie rozumiejąc jej lotu w ogóle.
Uśmiechnęła się i zerknęła w stronę szopy. Odłożyła narzędzia oraz grube, nieprzemakalne rękawice, układając je starannie przy beczce z wodą. Pewnie jeszcze dzisiaj z nich skorzysta. Jednak teraz, zamierzała przystąpić do pracy, przynoszącej jej najwięcej przyjemności. Cudowne urządzenie, a właściwie cudowny pojazd, ukrywał się wraz z innymi przyrządami, właśnie w starej, drewnianej szopie z tyłu ogrodu. Rosną tam wysokie róże, które miejscami próbowały piąć się po ścianach z grubych desek. Wchodząc do środka czuć było silną woń świeżego, swojskiego kału, który Ida rozrzuciła pod kwiatami i dwiema brzemiennymi, niewysokimi gruszami.
Ida realizowała właśnie swój plan wielkiej poprawy niewielkiego ogrodu, który znajduje się tuż za domem. Odkryła pewnego dnia, siedząc na werandzie, że jest zaniedbany. Trzeba tu nadmienić, że chociaż Ida starannie malowała paznokcie i w ogóle niezła z niej była strojnisia, to doskonale radziła sobie z grabiami, nożycami i nawet z łopatą. Teren miała odpowiedni. Długi i szeroki obszar ogrodu odgrodzony wysokimi ciasnymi cisami i rzędem wysokiego, gęstego niczym mur żywopłotu.
Teraz właśnie kończyła sadzenie tulipanów, które jak sądziła, powinny zbudzić się ze swego bezbarwnego snu, kiedy inne kwiaty dawno stracą swój czar. Z napięciem patrzyła na ukryty pod ziemią, starannie zaprojektowany trójkąt cebulek i wyginała się, jakby tańczyła w powolnym tempie taniec brzucha.
Zajmowanie się ogrodem nie jest wcale sprawą łatwą, o czym przekonała się na własnej skórze. I nie chodzi tutaj o dokuczliwość pleców.
To, z czym starała się zmierzyć, zużywając przy tym najwięcej energii, to strategia planowania.
Gdzie sadzić marchew? Gdzie groszek pachnący, który wić się będzie oplatając łapczywie wszystko wokół? Gdzie słoneczniki, które krótko mówiąc wysokie są na tyle, że zasłaniać mogą wszystko? Gdzie? Z czym? Kiedy i jak?
Jednak Ida, nie była kobietą, która wpadała w panikę z byle powodu. Kiedy coś stawało jej na wąskiej drodze i nie pozwalało iść dalej, przepychała się przez tłum zawracających do początku i po prostu rozwijała swoją niesłychaną lotnię, która wzbijała się w górę czerpiąc energię z niewymuszonej fantazji, niesfornego uporu i ze szczerego śmiechu, którym Ida często komentowała przeciwności losu. Szybując nad niedomyślającymi się niczego głowami, otwierała szeroko usta, żeby pęd powietrza nadął jej policzki.
A gdyby ktoś z tłumu na dole oderwał na chwilę wzrok od wierzchołka swego buta i zerknął w niebo, to zobaczyłby malutką postać, mknącą pod aerodynamicznym skrzydłem z wielkim ukośnym napisem:
IMPROWIZACJA
Nie rozumiejąc jej lotu w ogóle.
Uśmiechnęła się i zerknęła w stronę szopy. Odłożyła narzędzia oraz grube, nieprzemakalne rękawice, układając je starannie przy beczce z wodą. Pewnie jeszcze dzisiaj z nich skorzysta. Jednak teraz, zamierzała przystąpić do pracy, przynoszącej jej najwięcej przyjemności. Cudowne urządzenie, a właściwie cudowny pojazd, ukrywał się wraz z innymi przyrządami, właśnie w starej, drewnianej szopie z tyłu ogrodu. Rosną tam wysokie róże, które miejscami próbowały piąć się po ścianach z grubych desek. Wchodząc do środka czuć było silną woń świeżego, swojskiego kału, który Ida rozrzuciła pod kwiatami i dwiema brzemiennymi, niewysokimi gruszami.