III
Edwin Newman. Takim nazwiskiem przedstawił się wczoraj w nocy nowy gość w motelu. Stary recepcjonista dobrze zapamiętał to nazwisko. Odkąd pracował w tym miejscu, widział różne typy, ale w tym było coś dziwnego. Wpadł do środka cały mokry i wyraźnie zdezorientowany. Niby nic nadzwyczajnego, ale ten uśmiech… Nikt nie uśmiecha się, mając w brzuchu kłębek nerwów. Nie, w tak... prawie idealny sposób. Stary znał się na ludziach i ten od razu nie przypadł mu do gustu. I to spojrzenie… na samo wspomnienie, stary wzdrygnął się i pociągnął łyk zimnej kawy zbożowej. Patrzyło na wylot, a raczej poprzez. Jakby ten cały Newman wcale nie patrzył na niego, tylko na ścianę z tyłu.
Mężczyzna sięgnął do szuflady i zabrał klucze do głównych drzwi. Słońce się przebudza, to czas otwierać. Rzucił okiem na plastykowy, czerwony zegar z pękniętą szybką.
A jak się dziwił, która godzina! Upierał się, że ten zegar źle chodzi! Mój zegar! I to o całą godzinę. Stary pokiwał głową i podreptał korytarzem do drzwi.
Według tego faceta spieszył się o godzinę, ale sam przyznał, że bar u Krumera jest zamknięty. Przez to nie miał czego zjeść i się denerwował. Od zawsze zamykają tam po dwunastej. No, chyba że ktoś jeszcze siedzi i pije. Rzadko, ale zdarza się. Jeśli jest zamknięte, to znaczy, że już wybiła północ i kropka.
Stary otworzył główny zamek i zdjął zasuwę. To nie jest miejsce, które zawsze stoi otwarte jak obora. Późno w nocy trzeba zadzwonić, żeby wejść. Żeby wyjść też. Recepcjonista i tak rzadko spał w nocy. Ślad po dawnej pracy w piekarni. Dopiero nad ranem można zmrużyć oko i zasnąć. Parę godzin drzemki w dzień, kiedy nie ma ruchu, załatwia całą sprawę.
Mężczyzna przeszedł na tyły brunatnego podwórka, i przy kubłach na śmieci wysypał z kieszeni kawałki chleba i okruszki, witając się z nadchodzącym dniem. Po chwili spokojnej obserwacji, odpalił papierosa i oddalił się skąd przyszedł w tle owacyjnych flażoletów radosnych wróbli.
Mężczyzna sięgnął do szuflady i zabrał klucze do głównych drzwi. Słońce się przebudza, to czas otwierać. Rzucił okiem na plastykowy, czerwony zegar z pękniętą szybką.
A jak się dziwił, która godzina! Upierał się, że ten zegar źle chodzi! Mój zegar! I to o całą godzinę. Stary pokiwał głową i podreptał korytarzem do drzwi.
Według tego faceta spieszył się o godzinę, ale sam przyznał, że bar u Krumera jest zamknięty. Przez to nie miał czego zjeść i się denerwował. Od zawsze zamykają tam po dwunastej. No, chyba że ktoś jeszcze siedzi i pije. Rzadko, ale zdarza się. Jeśli jest zamknięte, to znaczy, że już wybiła północ i kropka.
Stary otworzył główny zamek i zdjął zasuwę. To nie jest miejsce, które zawsze stoi otwarte jak obora. Późno w nocy trzeba zadzwonić, żeby wejść. Żeby wyjść też. Recepcjonista i tak rzadko spał w nocy. Ślad po dawnej pracy w piekarni. Dopiero nad ranem można zmrużyć oko i zasnąć. Parę godzin drzemki w dzień, kiedy nie ma ruchu, załatwia całą sprawę.
Mężczyzna przeszedł na tyły brunatnego podwórka, i przy kubłach na śmieci wysypał z kieszeni kawałki chleba i okruszki, witając się z nadchodzącym dniem. Po chwili spokojnej obserwacji, odpalił papierosa i oddalił się skąd przyszedł w tle owacyjnych flażoletów radosnych wróbli.