II
...i Horacy posuwał się naprzód
wsłuchując się od czasu do czasu we wskazówki swojego zaparowanego kompasu. Zdaje się, że dostał go od swego ojca. Zaś ten, dostał go od swego ojca, który otrzymał tenże kompas w prezencie od swego ojca, to jest pradziadka, którego włókna i chrząstki już dawno przesunęły się przez maluśkie układziki pokarmowe. Prawdziwe pochodzenie kompasu niestety musi pozostać zagadką. Ktoś zatarł inskrypcję na rewersie, posługując się zapewne szwajcarskim scyzorykiem.
Chociaż Horacy musiał nabrać znacznej wprawy podczas wielu podobnych wędrówek, to jednak nie bez trudu poruszał się między drzewami, przedzierając się przez gęste zarośla i szerokie sieci owadów. Czasem zdawało mu się, że wędrówka sprawia mu przyjemność. Sycił się widokami i niespotykanymi przypadkami. Kiedy indziej, przeklinał swój los i z wyuczonym uporem parł naprzód. Tylko po to właściwie, żeby nie zatrzymać się w miejscu. Księżyc, ten stary chłopiec, pokazywał swoją pryszczata twarzą, jak ciężkie buciory mężczyzny łamią ład i porządek pośród suchych gałązek. I jak przystaje na chwilę, nie zwracając uwagi na deszcz w swoim jaskrawo żółtym deszczaku kierowców ciężarówek, którego kieszenie wypełnione były po brzegi cukierkami w jednej, a foliowymi papierkami w drugiej.
Przez moment Horacy zapatrzył się na żółty księżyc, i wydało mu się, że jest w rurce.
To znaczy nie w rurce, tylko w rurze! Gigantycznej rurze z dziurami. Naprawdę była ogromna. Horacy docenił to od pierwszej chwili. Tak mały, że nie znaczy nic, może tak wiele zobaczyć. Widzieć daleko, będąc nie widzialnym z daleka. Nie tylko Horacy był teraz w tej rurze. Oprócz niego był jeszcze cały świat. A Horacy spoglądał właśnie w rozświetlony koniec rury, który znajdował się milion lat świetlnych dalej. To znaczy gdzieś w kosmosie… W końcu przestał mrużyć oczy i rozmyślać o...
Dość tego pieprzenia! Szybko skorygował kurs.
wsłuchując się od czasu do czasu we wskazówki swojego zaparowanego kompasu. Zdaje się, że dostał go od swego ojca. Zaś ten, dostał go od swego ojca, który otrzymał tenże kompas w prezencie od swego ojca, to jest pradziadka, którego włókna i chrząstki już dawno przesunęły się przez maluśkie układziki pokarmowe. Prawdziwe pochodzenie kompasu niestety musi pozostać zagadką. Ktoś zatarł inskrypcję na rewersie, posługując się zapewne szwajcarskim scyzorykiem.
Chociaż Horacy musiał nabrać znacznej wprawy podczas wielu podobnych wędrówek, to jednak nie bez trudu poruszał się między drzewami, przedzierając się przez gęste zarośla i szerokie sieci owadów. Czasem zdawało mu się, że wędrówka sprawia mu przyjemność. Sycił się widokami i niespotykanymi przypadkami. Kiedy indziej, przeklinał swój los i z wyuczonym uporem parł naprzód. Tylko po to właściwie, żeby nie zatrzymać się w miejscu. Księżyc, ten stary chłopiec, pokazywał swoją pryszczata twarzą, jak ciężkie buciory mężczyzny łamią ład i porządek pośród suchych gałązek. I jak przystaje na chwilę, nie zwracając uwagi na deszcz w swoim jaskrawo żółtym deszczaku kierowców ciężarówek, którego kieszenie wypełnione były po brzegi cukierkami w jednej, a foliowymi papierkami w drugiej.
Przez moment Horacy zapatrzył się na żółty księżyc, i wydało mu się, że jest w rurce.
To znaczy nie w rurce, tylko w rurze! Gigantycznej rurze z dziurami. Naprawdę była ogromna. Horacy docenił to od pierwszej chwili. Tak mały, że nie znaczy nic, może tak wiele zobaczyć. Widzieć daleko, będąc nie widzialnym z daleka. Nie tylko Horacy był teraz w tej rurze. Oprócz niego był jeszcze cały świat. A Horacy spoglądał właśnie w rozświetlony koniec rury, który znajdował się milion lat świetlnych dalej. To znaczy gdzieś w kosmosie… W końcu przestał mrużyć oczy i rozmyślać o...
Dość tego pieprzenia! Szybko skorygował kurs.