I

Kierowca czarnego samochodu, wyrwał się z zamyślenia i skoncentrował całą ulatującą podstępnie uwagę na drodze. Najistotniejsze to nie spuszczać jej z oczu. Nawet, a może zwłaszcza wtedy, kiedy nie skręca się bez pewności swoim wstęgowatym cielskiem, za to ciągnie się jako doskonała perspektywa, ściągająca wzrok w centrum. Do celu.

Brak bodźców jest szalenie niebezpieczny.

Szeroką tarczę księżyca przysłaniały ciężkie, ametystowe chmury. Rozłaziły się na boki, żeby potem mieszając się i wirując leniwie, zająć ponownie puste miejsce przy księżycu, przygłuszając jego kosmiczne wysiłki. Mimo to, noc była dość jasna. Całe niebo emanowało purpurową poświatą, która zapowiada burzę.

Z daleka, na tle jałowego pustkowia, można było dostrzec masywną sylwetkę jadącego pojazdu, który już od dłuższego czasu, dla wygody, jechał środkiem drogi. Prawy reflektor nie działał. Zbił go swoim kruchym ciałem jakiś flegmatyczny ptak, przypłacając to szybką śmiercią.

Mężczyzna uchylił okno, odpalił papierosa i włączył radio. Otworzył schowek i w skąpym, urywanym świetle rzucił okiem na laminowaną mapę. Jechał właściwe wzdłuż wybrzeża. Jednak nic oprócz mapy na to nie wskazywało. Nawet powietrze było suche i jakieś duszne. Jest mało prawdopodobne żeby tędy przejeżdżał ktoś taki jak On. Drogi podobnych Jemu krzyżowały się niezmiernie rzadko, właściwie nie wiadomo nam nic o jakimś konkretnym przypadku. Mijałoby się to z celem. Sam doskonale poradzi sobie z przyznanym mu sektorem. W myśl wcześniej starannie opracowanego planu: Odwiedzić wszystkich najkrótszą drogą.

I mimo, że to właśnie było najtrudniejsze, On nigdy nie robił nic innego. Przynajmniej odkąd pamięta, robił właśnie to.

Ale zaraz, chwila… Czy to nie światła miasta, daleko, daleko, na końcu drogi? Skupisko świetlistego życia. Bez świateł było by martwe o tej porze. Można by takie miasto objechać, omyłkowo skręcając w inną drogę, albo w najgorszym wypadku zrezygnować z dalszej jazdy i zawrócić.

Na szczęście kierowca na światła zwrócił uwagę i odtąd ze skupieniem się im przypatrywał. Musi w nie wpłynąć jak życiodajny impuls, albo przeniknąć jak przez ławice meduz. Bez pośpiechu i z rozwagą. Poprawił pozycję w fotelu, przybierając zbliżoną do początkowej i pewniej chwycił kierownicę. Nieznacznym skurczem mięśni zwiększył obroty silnika. Wycieraczki starły z szyby część tłustych odwłoków i skrzydełek.

Najpierw trzeba coś zjeść, żeby nie być głodnym. Reszta może poczekać.

Przypatrywał się rozrastającej się powoli łunie na horyzoncie i wyobrażał sobie, że to ogromny, tlący się jeszcze meteor, który wrył się w ziemie. Albo wschód słońca...

Koniecznie trzeba czymś wypełnić żołądek. Ciężko już sobie przypomnieć, kiedy jadł ostatni raz porządny, domowy obiad. Po drodze jadał tylko w tanich barach. Czasem, w wyniku raczej rzadkiego przejawu gościnności, pochłaniał w czyjejś kuchni, lub salonie ofiarowane danie. Przeważnie niedojedzone, odgrzewane obiady i kolacje, które czekały już w garnkach na kolejny dzień. Poznał niemal każdy rodzaj potraw, każdy rodzaj kuchni przewędrował przed, a raczej pod jego podniebieniem. Jednak żołądkowi jak widać wciąż było mało.

W porządku. Zaraz jak dojedzie do tego niewielkiego miasteczka, znajdzie jakiś opustoszały bar, albo weźmie coś na wynos. Wnioskując z bliskości morza, można się było spodziewać jakiegoś świeżego, chrupiącego filetu. Teraz się zatrzyma.

Spojrzał na zegarek. Wrzucił na luz i zgasił silnik. Poczekał aż wóz wytraci prędkość i zjechał na pobocze. Chwilę pozostał nieruchomy za kółkiem, wsłuchując się w tykającą maskę przed sobą. Zaległa względna cisza, która w zderzeniu z żywotnością silnika i pomrukiem szybkości, była ciszą bezapelacyjną.

Teraz dopiero, jakby zrzucając z siebie resztki transu, przeciągnął się i z głośnym westchnieniem wyszedł na drogę.

Pozostawione samemu sobie radio wykrztuszało z siebie jakiś utwór Grateful Dead. Mężczyzna z przyjemnością wsłuchiwał się w solo gitary oddając mocz na kamienie nieopodal. Lubił niemal każdy rodzaj muzyki. Nie był wybredny. Z rzadka sięgał za gałkę, żeby zmienić częstotliwość.

Wracając spojrzał z poirytowaniem na ziejący pustką oczodół lampy. Będzie trzeba wymienić klosz i żarówkę. Jeśli tego nie zrobi, z pewnością dostanie kolejny mandat. Lepiej nie nadwerężać niepotrzebnie i tak nadgryzionego budżetu. Posłuszny jak do tej pory pojazd, to podstarzały już nieco Ford Falcon z 64-tego, z ogromnym, pakownym zadem. Ciężko będzie znaleźć do niego oryginalne oczko, ale postara się o jakiś zamiennik.

Podszedł do bagażnika i wyciągając termos z kawą, rzucił okiem na ciężkie walizy, paki i kartony. Miał nadzieje, że tym razem uda mu się zostawić w mieście większą część niż w poprzednim. I tak już znacznie przekroczył swoje odpowiednie założenia. Cóż, będzie musiał bardziej się starać. Przydałaby się też większa dawka szczęścia. To wszystko. Pewnie i tak wyjdzie na swoim. Jak zazwyczaj.

Zjeść coś.

Ogolić się i wykapać.

Wyspać. Względnie, zaznać snu.

Później działać. Z uśmiechem na twarzy.

Wychylając jednym haustem chłodną kawę, dostrzegł coś kątem oka. Jakby księżyc zmienił nagle swoje położenie na niebie o sto osiemdziesiąt stopni. Odchylił głowę, żeby dostrzec umykające światło. Jakby księżyc nagle postanowił wrócić na swoje miejsce. W chmurach, które znowu się skłębiły pozostała na sekundkę fioletowa linia powidoku. W chmurach, a może w jego zmęczonej głowie. Zerknął na przeciwną stronę nieba, żeby upewnić się, że księżyc dalej jest tam gdzie przynajmniej z założenia być powinien. Potem spojrzał w tę stronę, gdzie był przed chwilą, kiedy to postanowił zabawić się w berka. Mężczyzna wpatrywał się w chmury, jakby chcąc dostrzec w nich jakiegoś dowodu, śladu przewidzenia. Przetarł powieki, wylał resztę kawy na drogę i wrócił za kierownicę. Z radia sączyło się teraz „Jingle Bells”. Skoczne, z czarującym kobiecym chórkiem w tle i wszędobylskimi dzwonkami renifera. Do Świąt zostało jeszcze kilka miesięcy, przez co piosenka ze swym maniakalnie powtarzającym się refrenem, wydała się wyjątkowo surrealistyczna i głupia zarazem. Krótkie spojrzenie w lusterko. Oczy otoczone siną obwódką. Na dole dwa ciężkie wory, wypełnione godzinami jazdy.

Silnik zbudził się posłusznie i samochód wytoczył się z powrotem na środek drogi. Kierowca chwycił za gałkę i zmienił stację. Po chwili poszukiwań, wyłączył radio zupełnie. Spadł deszcz. Na szybie powstała mętna powłoka z rozrzedzonych resztek owadów. Wycieraczki w ostatniej chwili poradziły sobie z tą zasłoną, żeby kierowca mógł dostrzec sylwetkę na poboczu. Ten nagły impuls zwiększył w jednej chwili tętno i rozkazał nodze wcisnąć pedał hamulca. Gdyby jechał swoją przepisową częścią drogi, mogłoby dojść do tragicznej kolizji. Dlaczego się zatrzymał? Przecież nie wiadomo, kto to taki. Zwłaszcza na pustkowiu. Ale przecież pada deszcz, no i nie jest to całkiem pustkowie. Miasto jest już niedaleko. Widać już przecież światła. Po jakimś czasie, w którym nic się nie wydarzyło, samochód zawrócił ostrożnie na wstecznym biegu.

Wreszcie w bocznym oknie pojawił się ponownie spóźniony autostopowicz. Stał bez słowa, widocznie wystraszony wcześniejszym pędem wozu. Dopiero kiedy kierowca otworzył przed nim drzwi pasażera, wsiadł posłusznie, jednak bez słowa. Tuż przed miastem zechciał wysiąść i tak też się stało.

Samochód ruszył znowu w stronę upragnionego miasta i kiedy jego czarny, zmoczony grzbiet, rozświetliła pierwsza latarnia, kierowca dostrzegł na masce rozdzielczej smażoną rybę na papierowej tacce, która pojawiła się po to jedynie, by równie szybko zniknąć bez śladu.

Zjeść coś. Ogolić się i wykapać. Wyspać. Działać z uśmiechem na twarzy.